sobota, 19 października 2019

Ben Guterson "Hotel Winterhouse"

Uwielbiam targi książkowe wszelkiej maści, gdyż często to właśnie na takich eventach udaje mi się znaleźć sporo książek, o których istnieniu nie miałam pojęcia, a które po niedługim czasie okazują się wspaniałymi perełkami. W tym roku po raz pierwszy trafiłam na targi książki dla dzieci i to był mój osobisty strzał w dziesiątkę. Warszawskiego Konesera opuściłam z ogromną płócienną torbą po brzegi wypełnioną książkami i prezentami dla dzieciaków w mojej rodzinie. Co jednak najprzyjemniejsze, to fakt, że udało mi się zamienić kilka słów z różnymi wydawnictwami pytając o tematykę pozycji, które oferują, o ilustracje, o autorów i o ogólny odbiór wśród dziatwy. Poznałam kilka zupełnie nowych wydawnictw, o których nigdy wcześniej nie słyszałam, bo niestety giną w natłoku tych popularniejszych i większych. Do jednych z tych nowo poznanych należy Wydawnictwo Dwukropek, które przyciągnęło mnie do swojego stoiska wspaniałymi, kolorowymi i wymyślnymi okładkami. Mój wzrok niemal natychmiast padł na "Hotel Winterhouse" i po kilku słowach o czym to właściwie i dlaczego warto zdecydowałam się spróbować książek od Dwukropka.

Tym razem naszą bohaterką jest dziewczynka o niesłychanym wręcz nosie do zagadek słownych. Fascynują ją znaczenia wyrazów, źródło ich pochodzenia, szyki zdań, możliwość, które w ogóle niosą ze sobą litery, głoski i słowa. Wiecie na przykład czym jest drabinka słowna, albo czym rządzi się anagram? Elizabeth w tych i w wielu innych przypadkach doszła już niemal do mistrzostwa, co przez niektórych (czytaj przez ciotkę i wuja) uznawane jest za dalece nienaturalne dla nastolatki. Dziewczynka mieszka z wujami od śmierci rodziców i codziennie wysłuchuje o ilości wydanych na nią pieniędzy, o kłopotach, które przysparza, o barierach, które im stwarza i ogólnie jakie to jest skaranie mieć taką dziewczynę pod swoim dachem.

Życie Elizabeth jak możecie wnioskować po pierwszych słowach tej recenzji nie jest usłane różami. Naprawdę trudno jest odnaleźć się w świecie, gdzie nie można uświadczyć ludzkiej sympatii. W celu zilustrowania sytuacji w jakiej znajduje się nasza bohaterka wyobraźcie sobie spędzanie świąt daleko od bliskich, zupełnie samotnie, w miejscu, w którym nigdy nie byliście. Razem z rozpoczęciem przerwy bożonarodzeniowej Elizabeth zostaje wysłana przez wujostwo do hotelu w górach. Ma tam spędzić trzy długie tygodnie. Ciotka wyprawia ją z reklamówką z kilkoma ciuchami i trzema dolarami na niezbędne wydatki. Całe szczęście hotel, do którego dociera późną godziną wieczorną okazuje się prawdziwą bajką. Jest ogromny i piękny, a jego właściciel osobiście wita dziewczynkę i odprowadził ją do pokoju. Jak to możliwe, że wujostwo stać na całe trzy tygodnie pobytu Elizabeth w takim miejscu? 


Wielu gości, otwarcie mówi, że przyjeżdża do Winterhouse regularnie czując się w nim jak w drugim domu. Wyjątek stanowi małżeństwo w czerni, które przyprawia dziewczynkę o gęsią skórkę. Ich dziwne zachowanie rozpala czerwoną lampkę w głowie dziewczynki. Z czasem Elizabeth poznaje tajemnice hotelu, który wprost czeka na ich wyjawienie i rozwiązanie wszystkich zagadek drzemiących w starych ramach, za zamkniętymi drzwiami jak i między bibliotecznymi zbiorami. To właśnie biblioteka hotelu Winterhouse jest pierwszym puzzlem tej niezwykłej układanki. Elizabeth bowiem już pierwszej nocy jest świadkiem niepokojących wydarzeń mających miejsce wśród książek i niedługo potem znajduję maszynopis czegoś, co jest wspaniale tajemnicze i musi zostać w całości przeczytane. 

Z czasem wydarzenia w hotelu Winterhouse przyjmują dziwny obrót. W centrum wydarzeń znajduje się wcześniej wspomniane małżeństwo i Norbridge. Całą trójkę zdaje się łączyć coś więcej niż zależność goście-właściciel i Elizabeth z pomocą nowego przyjaciela - Freddiego ma zamiar odkryć tę tajemnicę. Dziewczynka nie wie jednak, że to będzie bardzo niebezpieczne zadanie. Może jednak, dzięki feriom spędzonym w hotelu Wintehouse, Elizabeth dowie się czego więcej o samej sobie?

Książka jest super. Trochę jak klasyczne powieści detektywistyczne XIX wieku, trochę jak opowiadanie z pogranicza fantasy. Nadal nie wiem czy którakolwiek postać zasłużyła na miano mojego faworyta - niestety żaden bohater nie zyskał mojej pełnej sympatii. Nie zmienia to jednak faktu, że książka mi się podobała i chętnie sięgnę po kolejną część, a Was namawiam do lektury. Serwus, Ludu Książki!

piątek, 11 października 2019

Emilia Kiereś "Miedziany listek" PRZEDPREMIEROWO

Podczas tegorocznych Warszawskich Targów Książki miałam niesłychaną przyjemność przedstawić się Pani Emilii Kiereś i zamienić z nią kilka zdań. Ujęła mnie jej serdeczność i taka wspaniała, kobieca delikatność. Uwielbiam takich ludzi, choć samej bliżej mi do roztrzepańca. Zapytana jak to jest mieć najfajniejszy zawód świata, pisarka odpowiedziała, że bosko. Taka odpowiedź mnie bardziej niż satysfakcjonuję i naprawdę nie potrafię być bardziej dumna z tego, że mamy pisarzy, którzy są tacy ludzcy, błyskotliwi, a rozmowa z nimi to czysta przyjemność. 

Podczas tej krótkiej pogawędki usłyszałam również kilka słów na temat "Miedzianego listka", więc wprost proporcjonalnie do zbliżającej się daty premiery rosła moja ekscytacja. Miałam nadzieję, że Wydawnictwo pozwoli mi zajrzeć w stronice nowych przygód jeszcze przed oficjalnym puszczeniem książki w obieg i całe szczęście moje prośby zostały wysłuchane. Zatem jestem świeżuteńko po lekturze, pełna ochów i achów, i teraz będę opowiadać co spowodowało wszystkie te westchnienia.

Mamy pierwsze dni września. Wszyscy ekscytują się nowym początkiem, zapachem niezapisanych zeszytów i możliwościami które niesie ze sobą kolejny rok szkolny. Tereska też cieszy się na myśl o drugiej klasie. W planach jest siedzenie w ławce z Ewką, przykładanie się do nauki i miła zabawa na przerwach.  Niestety, jak to w życiu często bywa, nie wszystko idzie po jej myśli. Wraz z wielkim zawodem na najbliższej przyjaciółce Tereskę dopada dojmujące poczucie samotności. Krzesełko obok w klasie jest puste, kuzyn Antek zagląda do nich coraz rzadziej, a do tego nikt nie wierzy jej, że wytropiła prawdziwego potwora. Dziewczynka kocha swoich rodziców, ale nie rozumie dlaczego nie chcą postarać się o kolejne dziecko. Posiadanie młodszego rodzeństwa rozwiązałoby wszystkie jej problemy. Z czasem jednak w życiu Tereski pojawia się promyk nadziei. Podczas jednej z eskapad tropiących Tereska, Antek i Iga gubią się w pobliskim lesie. Próbując odnaleźć drogę do domu trafiają w ramiona mamy jednego z kolegów z klasy naszej bohaterki - Jasia. Okazuje się, że chłopiec rozumie ją lepiej niż mogłaby się tego spodziewać, a potwór może wnieść w życie obojga dzieciaków przyjaźń na całe życie. 

Postać Tereski to prawdziwy bohater godny naśladowania. Dziewczynka nie boi się powiedzieć co jej leży na sercu, nie ma problemu z przyznaniem się do winy i przeprosinami, a do tego jest wspaniale uczynna i otwarta na innych. Jej dojrzałość z pewnością wynika z tego, co wynosi z domu przesiąkając miłością rodziców i ich życiową mądrością. Warte podkreślenia jest również to, jak dziewczynka reaguje nie tylko na przykre sytuacje, ale również na szczęście, które jej się przytrafia. Potrafi faktycznie cieszyć się z drobnych gestów, dostrzec je w pozornie niewartych uwagi słowach i przekazać iskierkę dalej w świat.

Emilia Kiereś posiada niespotykany dar pełnego zrozumienia dziecięcych emocji i opisania ich dokładnie takimi, jakie są dla dzieci. Jej słowa docierają zarówno do młodszych, jak i do dużo starszych czytelników. Dzięki temu oddanie się lekturze jej książek dzieciom pomaga zrozumieć, co też dzieje się w ich sercu i głowie, a starszych motywuje do brania czynnego udziału w zmaganiach pociech z codziennymi nieuśmiechami. Nam - dorosłym często zdarza się bagatelizować dziecięce problemy porównując je do kłopotów w pracy, domu, czy tych finansowych. Wydaje nam się, że te błahostki związane z dzieleniem ławki w szkole, czy też byciem zawsze najsłabszym i najmłodszym nie są czymś wartym zmartwień. Każdy smutek warty jest pochylenia się nad nim, choćbyśmy nie wiem za jak drobny i niegroźny go uważali. Każdą łezkę bowiem można przekuć w uśmiech.


Za książkę i możliwość jej zrecenzowania bardzo dziękuję Redakcji Wydawnictwa Akapit Press :) 

poniedziałek, 30 września 2019

Jakub Ćwiek "Kłamca II"

Co sądzicie o wizji, w której wiara chrześcijańska w pewnym momencie historii zaczyna zależeć od bogów nordyckich i greckich? Szalony pomysł, prawda? A gdybym Wam jeszcze powiedziała, że skrzaty u świętego Mikołaja wcale nie pracują tam dobrowolnie i właściwie takimi zwykłymi skrzatami nie są? A! I jeszcze warto zaznaczyć, że nawet aniołowie nie zawsze radzą sobie ze zwykłymi śmiertelnikami.

Kuba Ćwiek jest mistrzem żartu. Potrafi w łagodny, aczkolwiek wyrazisty sposób wytknąć człowieczą głupotę. Najcenniejsze w jego zabiegach jest jednak to, że w słowach, które pisze nie czuć pogardy i snobizmu, a raczej przybicie soczystej piątki i ledwo słyszalny wspólny chichot. Postać Lokiego arcysprytnego i kłamliwego jak diabli jest o tyle ciekawa, że przy tym nie brak mu miliona ludzkich cech takich jak strach czy pycha. Może jest w dużej mierze zaczerpnięty z mitologii Skandynawów, ale polski pisarz obdarował go szczególnie ciętym językiem, nieprzeciętną inteligencją i cholernie przystojną twarzą.

Tę część Kłamcy podzieliłabym chyba na cztery główne części: Jenny, Hades, Pasja i Mikołaj. Każdy wątek jest doskonały w swoim, poniekąd brutalnym, zderzeniu z rzeczywistością. Najpierw ratujemy kobietę z opresji i podziwiamy siłę sławionego archanioła. Następnie tropimy bandę zapyziałych mieszkańców Olimpu ukrywających się w nowojorskich melinach i nie tylko. Następnie odkręcamy idiotyczny błąd przyjaciela, który zmusza nas do odegrania prawdziwej szopki. Finalnie lądujemy na Biegunie Północnym otoczeni bandą karłów, którzy do żywego nas nienawidzą i właściwie może warto by było zacząć modlić się o cud.

Wprowadzenie do historii postaci kobiecej i dwóch pomocników (których nomen omen pod koniec widziałam jako ulubioną gangsterską parę z Pulp Fiction) było strzałem w dziesiątkę. Nie tylko jeszcze lepiej osadziło to opowiadania w ziemskiej rzeczywistości, ale jednocześnie dało możliwość znalezienia nowych ulubieńców, z którymi w ten, czy inny sposób możemy się utożsamiać. 

Całość, jak zwykle, czytało się ultra szybko z nieustającym półuśmiechem na twarzy i przestrachem, że książka ma ograniczoną liczbę stron i zaraz się skończy. Język jest prosty, ale nie infantylny. Odniesienia do popkultury to cudo. Naśmiewanie się z grubego Bachusa, lekki niepokój związany z postacią Erosa i doszczętnie zmiażdżone marzenia na temat wioski świętego Mikołaja - cenię, cenię. W każdym razie namawiam Was do lektury, a sama uciekam umierać w agonii wysokiej gorączki (niech żyje jesień!). Serwus, Ludu Książki!